życie

Czy warto (było) studiować prawo?

Mam na sobie garsonkę z matury, założę ją ostatni raz w życiu, po czym skażę na przesiąkanie zapachami kolejnym szaf. Buty z Ryłko, kupione rok wcześniej z okazji nagłego przypływu gotówki, służą mi do dziś jako dyżurne szpilki do wracania piechotą z imprezy świątecznej. Trochę się denerwuję pod salą, ale ostatecznie obrona to bułka z masłem przy tych minionych dziesięciu semestrach. Nie mogę już sobie przypomnieć nazwiska mojego promotora. Miał wtedy jakieś 82 lata, pewnie już nie żyje. Jest 12 czerwca 2006 roku. Kończę prawo. Nigdy nie przepracuję w tym zawodzie nawet godziny.

Minęło dokładnie dziesięć lat. To wystarczająco dużo, by nabrać odpowiedniej perspektywy, takiego dystansu, że już się naprawdę niczego nie żałuje, nie rozpamiętuje i nie myśli nawet co by było, gdyby w życiu wybrać inaczej. Jest czerwiec, być może czyta mnie kilka osób, które wahają się nad wyborem studiów, albo takich które właśnie wybrały (zdawałam starą maturę i nie za bardzo orientuję się, kiedy teraz składa się papiery na uczelnie i czy w ogóle były już wyniki matur). Prawdopodobnie nikomu z Was nie odpowiem jednoznacznie na tytułowe pytanie, szczególnie że studiowałam w nieco innych czasach, ale osobiste historie zwykle są lepsze niż odpowiedzi, których się oczekuje, pozwólcie więc, że trochę dziś Wam w dniu mojej okrągłej rocznicy poopowiadam. O tym, czego nie żałuję, czego żałuję i co mi te studia, mimo braku styczności z ich przedmiotem w dalszym życiu, dały.

law2

Ale zacznijmy od oczekiwań. Gdy się idzie na studia, to się zwykle czegoś oczekuje. A to tego, że znajdzie się po nich pewną pracę, a to tego, że będzie się uczyć czegoś, co jest twoją pasją. Czasem są to wyobrażenia pragmatyczne, czasem romantyczne. Kiedy studiowałam, był jeszcze trzeci rodzaj właściwy tylko studentom płci męskiej, czyli odsunięcie wizji służby wojskowej, ale to czasy słusznie minione. Będę z Wami totalnie szczera: studia prawnicze wybrałam ze strasznie durnych powodów. W liceum trudno było mnie nazwać kujonką, były jednak przedmioty, w których brylowałam. To jest historia i WOS. Z polskiego i angielskiego też byłam dobra, ale nieszczególnie się do nich przykładałam, za to z histy zawsze byłam obryta i co tu dużo mówić, trochę tym też szpanowałam. W trzeciej klasie w planach, takich realnych, miałam jednak pójście na dziennikarstwo. W takich mniej realnych miałam szkołę teatralną. Z perspektywy czasu, kilku latach pracy dziennikarskiej i opowieściach większości moich znajomych po dziennikarstwie o tym, że te studia są stratą czasu, cieszę się, że na nie nie poszłam. Ale miało być o prawie. „Dlaczego miałabyś nie zdawać na prawo?” – zapytał mnie mój pan od historii, sam właśnie studiujący ten kierunek, i zasiał we mnie to nieszczęsne prawnicze ziarenko. Grunt był podatny, bo głowę miałam pełną prawniczej popkultury: Dwunastu gniewnych ludzi i Czasu zabijania. I nieszczęsnej Ally McBeal. Pomyślałam: czemu by nie? Jestem przecież wystarczająco mądra, żeby się dostać. Jestem wystarczająco zdolna i poradzę sobie. Szkoda moich talentów na mniej wymagające studia. Gdzieś z tyłu głowy kierował mną też taki mały podstępny kujoński snobizm. Wiem, co myślicie. Byłam strasznie głupim dzieciakiem. Macie rację. Pocieszam się, że w tym wieku jeszcze się o tym nie wie, a to, co po latach widzimy jako swoją głupotę i niedojrzałość, uznaje się za pewność siebie. Właściwie jest to bardzo piękne.

A więc jestem tu. Dumnie kroczę z książką do prawa rzymskiego pod pachą i czuję się jakbym wygrała życie. Ale za rogiem czyha już rzeczywistość. Zaczyna delikatnie, od nudy. Na początku studiów idzie mi dobrze i nawet podoba mi się to, czego się uczę. Być może idzie mi dobrze właśnie dlatego, bo mi się podoba. Takie prawo rzymskie, czy historia prawa to trochę przedłużenie historii ze szkoły. Prawo konstytucyjne to w sumie rozszerzony WOS, a nasz profesor w dodatku jest niezłym oryginałem, jeździ jako obserwator na wybory do Paragwaju i każe nam maczać palce w atramencie zabezpieczającym Paragwajczyków przez podwójnym głosowaniem. Po pierwszym roku jeszcze myślę, że to super studia, ale jeszcze nie kazali mi wykuć na pamięć żadnej nudnej ustawy. A gdy już zaczyna się kucie nudnych ustaw, zadowolenie powoli ze mnie schodzi. Na czwartym roku jestem już nie tylko znudzona tym ryciem, ale w dodatku wkurzona, że uczymy się rzeczy, które za pół roku będą zupełnie nieaktualne (przepisy o ZUS i prawo podatkowe, którego muszę uczyć się na pamięć w szczegółach, zupełnie bez sensu). Wkurza mnie to, że nie mamy żadnej praktyki. Jeśli chcemy praktyk, musimy załatwić je sobie sami. Ale ja jestem już strasznie zmęczona tymi studiami i nawet mi się nie chce. Rozczarowuje mnie też strasznie to, że nie uczymy się myślenia, rozwiązywania problemów. Uczymy się szczegółów i rozwiązywania testów, które w dodatku często są tak trudne, że nawet pilnujący nas na egzaminach doktoranci nie potrafią ich rozwiązać (wiem, bo próbują nam pomóc gdy po raz piąty podchodzimy do KPK). Trochę lepiej jest, gdy jestem już na piątym roku i oprócz napisania magisterki już niewiele zostało mi na tych studiach do zrobienia. Jestem na seminarium z prawa międzynarodowego, które jest bardzo miłym i kulturalnym przedmiotem, chociaż żyjemy w czasach bez złudzeń i nikt z nas nie wierzy tu w dyplomację. Ale za rogiem rzeczywistość w dalszym ciągu czeka, by dać mi w łeb.

law3

Właściwie wiem już, że nie będę zdawać na aplikację. Nie w tym roku. Wydaje mi się, że nic nie umiem, że potrzebuję więcej czasu by się przygotować. Zresztą to są jeszcze czasy, gdy korporacje prawnicze są tak bardzo zamknięte, że i tak moje szanse są mizerne. Ja tam nie mam żadnych wtyk. A poza tym nie mam kasy. Tak bardzo nie mam kasy, że potrzebuję iść do pracy zaraz, natychmiast. Aplikacja adwokacka kosztuje 3,600 zł za semestr. To dla mnie kosmiczne pieniądze. Aplikacja pochłania cały twój czas. Nie płacą ci za nią, ty płacisz im. Najzwyczajniej w świecie mnie na to nie stać. Jeszcze rok czy dwa będę przebąkiwać, że może kiedyś spróbuję się dostać, ale powiedzmy sobie szczerze: ja wcale nie chcę już być prawniczką. Nie chcę nią być już jakoś tak od czwartego roku.
Dziś naprawdę się cieszę, że nią nie jestem. Nie byłabym w tym dobra. A może tylko tak sobie mówię, może jednak bym była. Nie wiem i nigdy się tego nie dowiem. Nie żałuję. Chociaż nie zrobiłam w życiu jakichś super rzeczy, o których mogłabym powiedzieć, że są o niebo lepsze od kariery prawniczej, to nie o to chodzi w nieżałowaniu. Żałować mogłabym tylko, gdybym to rozpamiętywała. Tymczasem, przypominam sobie o tym, co studiowałam tylko wtedy, gdy ktoś mnie zapyta.

Inna sprawa, czy żałuję tego, że na te studia w ogóle poszłam i że z uporem godnym większej sprawy je skończyłam. Raczej nie, bo nie ma sensu rozpamiętywać swoich decyzji sprzed lat. A trochę tak. Trochę tak przede wszystkim dlatego, że tak mało mi one dały. Nie w kwestii wpływu na karierę zawodową, a w kwestii wiedzy i umiejętności. Jasne, ogólne pojęcie o prawie mam. Rozumiem akty prawne, które czasem trafią w moje ręce i potrafię wysnuć z nich interpretacje. Byłam w stanie wysłuchać notariuszki czytającej moją umowę kupna mieszkania, zrozumieć ją i nie zasnąć. Potrafię powiedzieć kolesiowi wykłócającemu się ze mną na ulicy, że ze stuprocentową pewnością tego, co próbuje mi wmówić, nie ma w polskiej konstytucji. Ale mam takie poczucie, że zbyt wiele wiedzy mi te studia jednak nie dały. Nawet nie za bardzo mam czym przyszpanować i w sumie najciekawszych rzeczy nie pamiętam. Czasem żałuję, że nie skończyłam jakichś porządnych studiów humanistycznych. Wiecie, takich po których nie ma pracy. Szczególnie jak zdarza mi się nie zrozumieć jakiegoś Sztucznego Fiołka i to nie dlatego, że akurat nie jestem na czasie z wydarzeniami politycznymi.

Czasem też bardzo zazdroszczę mojemu bratu. Studiował historię. Nigdy jej nie skończył, to znaczy skończył z wykształceniem w stylu Kwaśniewskiego, ale skubany ma ogromną wiedzę. I uwielbia mnie tą wiedzą zaginać, co w sumie nie zawsze jest miłe z jego strony, czasem jest nawet bardzo niemiłe i się obrażam. Czasem myślę więc sobie, że nie trzeba było być snobem, że można było iść na historię i teraz przynajmniej mieć w głowie trochę ciekawej wiedzy. Prawniczką i tak nie zostałam, a przecież żadna z moich dotychczasowych prac zupełnie nie zależała od tego, jakie skończyłam studia. Zależała od tego, czego potem nauczyłam się sama. Jeśli nie jesteś prawnikiem, czy lekarzem, to zresztą zwykle tak działa.

law

Jeśli masz teraz 19 lat i właśnie idziesz na prawo, pewnie myślisz, że bardzo chcesz tym prawnikiem być. Być może będziesz myśleć tak w dalszym ciągu za pięć lat, być może nie. Teraz nie możesz tego jeszcze wiedzieć. Być może będziesz mieć więcej oleju w głowie ode mnie i gdy stwierdzisz, że to jednak nie to, przerwiesz swe męki studenckie i poszukasz innych studiów, innej drogi. Moją głupią cechą jest to, że zawsze bardzo chcę skończyć, co zaczęłam, zawsze mi szkoda włożonego wysiłku. To z jednej strony jest głupia cecha, bo w stosunkach z samą sobą jest strasznie upierdliwa. W stosunkach z innymi ludźmi czyni ze mnie całkiem porządną osobę, bo minimalizuje ryzyko zostawienia człowieka w potrzebie na lodzie. W każdym razie, nie potrafię powiedzieć Ci, czy warto studiować prawo. Bo nie jestem w stanie nawet sobie odpowiedzieć na pytanie, czy w moim przypadku warto było. Niby nie. Ale z dystansu 10 lat ma to dla mnie naprawdę tak małe znaczenie, że nie już po prostu nie wiem. Ale może Tobie w jakiś sposób jednak ta historia jednak coś powie. Na przykład to, że nie warto myśleć o decyzji, którą podejmujesz w wieku 19 lat jak o czymś, co na pewno określi całe swoje życie. Niektórzy mówią, że nie powinniśmy podejmować takich decyzji w tym wieku. Nie wiem. Wiem, że zawód zawsze można zmienić. A zresztą, moja praca zarobkowa to ostatnia rzecz, która miałaby mnie określać i świadczyć o mojej wartości jako człowieka. Oczywiście fajnie jest, gdy się kocha swój zawód, gdy się z nim utożsamia i czuje związaną z nim misję. Ale to działa tylko czasami i tylko dla niektórych. Nie warto się tym zadręczać.

  1. Małgorzata Moczulska says:

    Moje pierwsze podejście do studiów prawniczych bylo po maturze. Wytrzymalam semestr i zrobilam inne studia. Dopiero jak mialam 27 lat i tytul magistra z pedagogiki, zdecydowalam sie na prawo. To byla juz wtedy moja dojrzala decyzja, nie rodziców czy nauczycieli. Jestem po aplikacji adwokackiej i pomimo tego, że to co napisałaś jest prawdą, trzeba kuć na pamięć, kancelarie nie chcą płacić aplikantom, to przeszłam to i wiem, że to moja droga. Polubiłam prawo stosujac je w praktyce w kancelarii, zobaczyłam ilu osobom mogę pomóc. Choć nie jest łatwo na rynku, bo adwokatów i radców pr.coraz wiecej wiem, że w moim przypadku dobrze wybrałam.
    Pozdrawiam,

  2. O! Ja też chciałam iść do szkoły teatralnej, a jestem na prawie. I każdego dnia nie wiem, czy żałuję, czy nie… Z tymże u mnie, gdy minęła historia zrobiło się trochę lepiej, choć nadal to po prostu nudne studia. Mnie nadal jednak kusi praca adwokata i to jedyne, co mnie trzyma na tym kierunku.

  3. ThemisTheBlue says:

    Zaczynałam prawo w tym roku, w którym Ty je kończyłaś, i dla mnie to było J.A.G. i Ludzie Honoru. A dla mojej młodszej siostry (która to prawo zresztą rzuciła po roku) głównie Suits. Ciekawe, o ile na świecie byłoby mniej prawników, gdyby nie popkultura :D.

  4. To dołożę swoją historię. Poszłam do klasy humanistycznej z bardzo prostej przyczyny: lubiłam czytać książki i byłam niezła z historii. Liceum, jak to liceum. Kiedy przyszło w klasie maturalnej wybieranie kierunków studiów, obudziłam się, że znalazłam się w bardzo wąskim gronie osób, które nie składają na prawo. Kierunek ten wtedy był niesamowicie modny. Choć miałam wolną rękę (niektórym rodzice przecież nie dawali wolnej ręki przy wyborze studiów, choć mój tata twierdził, że prawo to mi odradza, bo się zanudzę) wiedziałam, że na prawo nie złożę. Nauczyciele myśleli, że co jak co, ale ja na prawo pójdę. A ja miałam głowę pełną marzeń. Choć od wczesnego szczeniactwa marzyłam o filmoznawstwie, jednak nie zdecydowałam się na ten kierunek trochę z głupiego powodu. Wszyscy tacy poważni, bo prawo i ekonomia, to ja aż tak bujać w obłokach nie będę. Po różnych przygodach, wyjazdach zagranicę w końcu skończyłam historię i filologię polską i jestem bardzo zadowolona z moich wyborów. Co prawda czasem było z zakrętami, pod górkę i szaleńczo. Największe jednak w tym wszystkim podziękowania należą się moim rodzicom za cierpliwość. A czasem myślę, że tak naprawdę to byłabym wyśmienitym cukiernikiem, naprawdę!

    1. Twoja historia podoba mi się bardziej od mojej 🙂

  5. amiout says:

    „Czasem żałuję, że nie skończyłam jakichś porządnych studiów humanistycznych. Wiecie, takich po których nie ma pracy. Szczególnie jak zdarza mi się nie zrozumieć jakiegoś Sztucznego Fiołka i to nie dlatego, że akurat nie jestem na czasie z wydarzeniami politycznymi.” – to mnie urzekło.

    „Oczywiście fajnie jest, gdy się kocha swój zawód, gdy się z nim utożsamia i czuje związaną z nim misję. Ale to działa tylko czasami i tylko dla niektórych. Nie warto się tym zadręczać.” – a to mnie uderzyło.

    Lubię Cię czytać. Jestem niestety z tego paskudnego gatunku cichego czytelnika, więc mnie tu nie widać. Ale czytam. I lubię. Popełniłaś kilka bardzo dobrych tekstów. Ten tutaj natomiast po prostu wpasował się w tematy, o których ostatnio rozmyślam. Trochę wyluzowałam. Dziękuję.

    1. Dziękuję! Ja się cały czas uczę luzować, ale łatwo to jest tylko z dystansu. Na bieżąco to ciężko przychodzi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *