życie

Aktywizm. Po co to komu?

daenerys - Aktywizm. Po co to komu?

Wystarczyło kilka dni i wielkie wkurzenie, żebym z osoby unikającej wszelkich demonstracji, gdyż nie lubi tłumów, zamieniła się w kogoś, kto takie manifestacje współorganizuje. O tym, jak nieoczekiwanie obudził się we mnie aktywizm i o tym, że internet to niekoniecznie najlepsze miejsce do przekonywania do swoich racji.

Nie było by tego wpisu, gdyby nie tekst Riennahery. Wpis poniższy nie jest bynajmniej polemiką z Martą, jest jej tekstem po prostu zainspirowany, wywołany trochę do tablicy. Mówię o tym, dlaczego „ruszyłam się z trawy” i używam dużo porównań do „Gry o Tron”.

Żyjemy w tak parszywych, niesamowicie spolaryzowanych czasach, w których miejsca na umiarkowanie coraz mniej i coraz mniej też miejsca na bierność. Siedzimy poniekąd na beczce prochu i albo pogodzimy się z tym, że wylecimy na niej w powietrze, albo owiniemy się w ognioodporny kocyk. Nie znamy niestety tolerancji temperaturowej kocyka. Możemy też wylatywać na tym prochu jak ostatni, pieprzeni heretycy ze stosów z okrzykiem niezgody na ustach i wątłą nadzieją, że może jednak jesteśmy jak Daenerys Targaryen. Bo trochę na tym polega aktywizm w czasach zarazy. Trochę polega też na codziennej pracy u podstaw. Uczę się powoli. Na razie jaram się jak Mother of Dragons i mam nadzieję nie skończyć jak córka Stanissa.

No więc dopadł mnie wkurw. Niezgoda i przerażenie. Ale też trochę nadzieja, że z tego złego można ukuć coś, co pójdzie w dobrą stronę. Mogłam skończyć na gniewnych wpisach w internecie. Dopisać swój głos rozsądku, bo ufam, że trochę rozsądku i dobrej woli posiadam, by dodać go do sumy głosów w słusznej sprawie, których wydaje mi się wciąż jest za mało. Jednak tym razem ukłucie było tak dotkliwe, że nie mogłam robić tylko tego co zawsze – czyli głosić w internecie. Musiałam wyjść na ulice i wykrzyczeć swoją niezgodę. A potem przyłączyć się do działań. Bo, jak to mówiły sufrażystki, o czym dowiedziałam się oglądając w dzieciństwie serial „Kroniki młodego Indiany Jonesa”, liczą się czyny, nie słowa.

Chociaż słowa, wypowiadane mądrze i głośno też się liczą. Są po to, by nie dać się zakrzyczeć. Jesteśmy zakrzyczani, gdy siedzimy cicho i biernie, ale gdy stukamy nasze słowa w klawiatury, to trochę też. Bo w internecie rzadko kiedy można dyskutować. Tak niewiele jest w nim dialogu. Wszyscy zwyczajnie przerzucamy się argumentami, nikt nie słucha, bo nie słucha się oczami, w ostateczności wygrywa ten, kto ostatni naciśnie przycisk publikuj. Wygrywa we własnym mniemaniu. Po drodze przestaje być wiadomo, o co toczy się właściwie spór. Mocno wierzę w organizacyjną i organizującą moc portali społecznościowych, chociaż zapał na nich wypala się najszybciej. Nie wierzę w prowadzone na nich dyskusje.

Ostatni raz brałam udział w demonstracji dziesięć lat temu. Protestowaliśmy wtedy przeciwko pomysłom ministra Giertycha odnośnie edukacji. To były bardzo niewinne czasy. Tęsknię do czasów niewinności, gdy w sumie mogłam żyć tylko dla siebie. Teraz tak jakoś nie mogę. Bo trochę mi ten świat nie daje. Czuję, że mi nie daje. Czuję, że muszę ruszyć się z mojego kocyka, bo zwyczajnie w nim zamarzam. Nawet jeśli świata nie zmienię, będę mogła sobie przynajmniej powiedzieć, że próbowała i nie byłam w tym sama. Trochę wyszłam ze swojej strefy komfortu, tylko trochę, bo ta strefa ma dość cienkie granice. Nikogo jednak nie chcę zmuszać, by przekraczał swoje.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.