Czas i cudowne dzieci

iceskater 940x627 - Czas i cudowne dzieci

Niewiele jest rzeczy, które ograniczają nas tak, jak nasza młodość zamknięta w społecznej presji, kulturowym kodzie i mitach o cudownych dzieciach. Ze wszystkim trzeba zdążyć. Koniecznie trafić na czas. A najlepiej być od niego szybszym. Zwariować idzie.

Kiedy byłam bardzo młoda moją wyobraźnię rozpalali moi niezwykli rówieśnicy. Nigdy ich co prawda nie spotkałam, znałam ich tylko z książek i filmów, a jednak już wtedy miałam trochę pretensji do świata, że nie udało mi się urodzić cudownym dzieckiem. A tak bardziej przyziemnie to miałam żal do rodziców, że mnie nie posłali do szkoły rok wcześniej, bym miała trochę zapasu czasu na starcie. Chciałam wszystkiego już, teraz, natychmiast, a „już teraz natychmiast” wciąż było daleko. Wiele lat później przeczytałam wywiad z Pedro Almodovarem, który miał podobnie jak ja, nawet Rimbaud się zgadzał, i doszłam do podobnych co on wniosków.

„Kiedy miałem dziesięć lat, interesowałem się rówieśnikami-twórcami, takimi jak Mozart, który w moim wieku skomponował już kilka utworów, a ja niczego jeszcze nie dokonałem. Potem dowiedziałem się, że Rimbaud napisał wspaniałe poematy, mając osiemnaście lat, ja miałem tyle samo i wciąż żadnych osiągnięć. Szukałem różnych puntów odniesienia i w końcu trafiłem na pisarza, który zaczął tworzyć w wieku czterdziestu lat – było to coś bliskiego, uspokajającego. Zawsze odczuwałem presję wywieraną przez czas. Nie ma to nic wspólnego ze starzeniem się, ale z pragnieniem wpisania czegoś w czas, dokonania czegoś, co będzie z nim związane, co ma swoje odniesienie do czasu.

Pedro Almodovar

Zastanawiam się na ile moje obsesje związane z czasem biorą się z wewnętrznych fiksacji, a na ile ze społecznej presji i kulturowych mitów. A może zwyczajnie nie miałabym żadnych fiksacji, gdybym od małego nie nasiąkała przekazami o cudownych dzieciach? Cudowne dzieci są trochę jak z baśni, trochę z innego świata. Są niezwykłe, bo są jednymi na milion. Tak mocno działają na wyobraźnię. I tak dobrze się sprzedają, bo przecież są zjawiskiem wyjątkowym. Młody geniusz jest zawsze atrakcyjniejszy od starego (powiedz im, panie Salieri!). Budzi podziw, zazdrość i niezrozumienie. Jest niepojęty. Serio, gdy byłam bardzo młoda głęboko w środku chciałam kimś takim być. Serio, dziś po przemyśleniu sprawy, chyba jednak nie.

mozart and salieri - Czas i cudowne dzieci
Salieri był zły na Mozarta, bo sam nie był cudownym dzieckiem. Wynikło z tego mnóstwo złego i po co to komu! Tak przynajmniej twierdzi Milos Forman

Zejdźmy jednak na ziemię. Tam, gdzie wiemy już, że polegliśmy w loterii dla młodych geniuszy, mamy ponad 20 lat i do dyspozycji już tylko dorosłe życie, w którym wciąż jeszcze nic nie osiągnęliśmy, a wypadałoby coś zrobić. Nie jesteśmy geniuszami. Nie będziemy już Mozartem i nawet nie mamy takich ambicji. Za to, zamiast wewnętrznych fiksacji, dotyka nas coraz mocniej społeczna presja czasu. Jest po stokroć gorsza, bo tu już nie chodzi o nasze marzenia, które możemy spełnić i tylko my będziemy się z tego cieszyć. Chodzi o oczekiwania, które może nie zawsze są naszymi własnymi wielkimi nadziejami. Żyjemy w przeświadczeniu, że nasz czas kończy się na długo długo przed jego faktycznym końcem. Na wszystko mamy wyznaczoną godzinę i na żaden kolejny termin nie wypada się spóźnić. Jeśli się ociągamy, dostajemy chłostę z pogardliwych spojrzeń. Czasem nikt nie patrzy, ale to wcale nie umniejsza naszego nieszczęścia.

Ja na przykład bardzo starałam się w terminie skończyć studia. Potem bardzo starałam się zdążyć na czas ze znalezieniem pierwszej prawdziwej pracy za prawdziwe pieniądze i z prawdziwą umową. Potem okazało się, że w ogóle nie jestem w miejscu, w którym chciałabym być, a jakimś trafem tkwię w nim już dwa lata. I pewnie, gdybym w porę nie powiedziała sobie: pieprzyć to, niczego nie żałuję, zaczynam od nowa, nie płaczę nad rozlanym mlekiem, nigdy nie jest za późno na rozpoczęcie czegoś zupełnie nowego i takich tam (a później jeszcze raz i jeszcze raz), to pewnie skuliłabym się w mały sfrustrowany kłębek nerwów i implodowała z całej tej swojej mizerii. Bo przecież wyszło na to, że chociaż zdążyłam na czas, to z tej punktualności była zwykła dupa.

To jest tak, że może społeczeństwo (my sami!) nie wymaga od nas żadnych cudów, ale wyrobić na czas to się jednak należy. Wykorzystać młodość do cna. Osadzić w niej wszystko, co najważniejsze. Jeśli się ociągasz, to coś z tobą nie tak. Musisz zmieścić się w młodości, a młodość nie jest z gumy. Do zrobienia jest kariera i życie.
Musisz więc skończyć te piekielne studia w wyznaczonym terminie. Do trzydziestki zarabiać tyle, a tyle. Do czterdziestki mieć taki a taki awans. Wybudować dom (wziąć kredyt – kredyt miarą dorosłości!). Wyjść za mąż do trzydziestki. Najlepiej mniej więcej w tym samym czasem wyrobić się z pierwszym dzieckiem, bo jak za późno to te, co akurat rzutem na taśmę wbiły się we właściwy termin, będą krzywym okiem patrzeć w poczekalni u ginekologa. Ale uwaga! Tutaj nie można też być szybszym od swojego czasu. Za wczesne rodzicielstwo to przecież patologia i MOPS.

No więc czas na młodość gra kluczową rolę. Nie waż się przenosić rzeczy jej przynależnych do późniejszego życia. Społeczeństwo jest niemiłe przecież, nie mówiąc już o rodzinie. Zje cię żywcem. Żywcem zakopie, poskąpi na trumnę. Nazwie dzidzią piernik. Wytknie kryzys wieku średniego. W najlepszym razie powie, że nie wypada.
Kiedyś wypaliłam przy czterdziestoletniej dziewczynie, której wieku nie znałam, że po czterdziestce to trudniej znaleźć miłość. A potem było mi wstyd. Tak strasznie było mi wstyd, że się tym gryzę do dzisiaj. Bo przecież poczucie, że na coś za późno, że na coś jest się za starym jest jednym z najpaskudniejszych, najbardziej frustrujących i przy okazji najgłupszych ograniczników w życiu. Bo się okazuje, że się wypstrykałeś z życia za młodu, a potem nie masz już co z życiem robić. I co, działkę sobie kupisz? (Żartuję, chyba chciałabym mieć działkę).

Te życiowe deadline’y z jednej strony frustrują jak diabli, z drugiej jednak motywują do działania, chociaż to taki średni motywator. W końcu wszyscy ci mądrzy i nowocześni trenerzy mówią, że motywacja powinna być wewnętrzna, a przecież jak społeczeństwo każe, to jednak zewnętrzy przymus się kłania. Czy jednak istnieje coś takiego, jak czysta wewnętrzna motywacja? No chyba nie. Jesteśmy ulepieni z innych ludzi, nasiąkamy nimi, nasiąkamy społeczeństwem, nie jesteśmy w stanie tak do końca uwolnić się spod jego wpływu. Możemy co najwyżej próbować pokazywać środkowy palec tym wszystkim głupim ograniczeniom, które uwierają nasze tyłki. I ja na przykład, żeby nie zupełnie nie zwariować, powtarzam sobie, że czas to mam do końca życia. No może nie na dzieci, bo tu jednak biologia myśli sobie co innego, ale na wszystko inne tak. I tylko ja wyznaczam sobie deadline’y. Nie mają nic wspólnego z presją wyrobienia się w młodości, są tylko po to, by nie dać się zjeść przez wewnętrznego lenia.

iceskater 1024x683 - Czas i cudowne dzieci

A cudowne dzieci wcale nie mają lekko, potem jeszcze zwykle umierają młodo i w dodatku im skąpią na porządną trumnę, jak Mozartowi. No i po co to komu?

 

 

cytat z Almodovara pochodzi z książki „Almodovar. Rozmowy”, wydawnictwo Świat Literacki

Zobacz także

4 Comments

  1. Świetny tekst, dość bliski moim doświadczeniom.

    Pamiętam, że jako dzieciak zawsze chciałam być najlepsza, zawsze chciałam poznać i przeżyć jak najwięcej. Nie wynikało to w ogóle z presji rodziców – nawet czasami tupałam nogą, dlaczego nie pozwolą mi chodzić na kolejne zajęcia dodatkowe czy brać udział w kolejnym konkursie – raczej miałam potrzebę skupiania na sobie uwagi, otrzymywania pochwał, ale przede wszystkim bycia zapamiętaną. Jakoś szybko dostrzegłam, że jeśli nic nie dokonam w swoim życiu, to wszyscy o mnie zapomną i to przerażało mnie najbardziej.

    Dziś nadal towarzyszy mi ten lęk, ale nie mam poczucia, że muszę wszystko robić na raz i to jak najlepiej. Grunt, żeby „coś” robić i powoli dążyć do swoich małych celów.

    Nie tylko cudowne dzieci mają trudno, także ci, którzy w ogóle dość szybko zaczęli swoją karierę, przykładowo w wielu nastoletnim czy wczesnej młodości, co właśnie podniosło im poprzeczkę. Przykładowo taki muzyk, który jest na scenie z 40 lat, a najlepszy album według publiki nagrał 30 lat temu. Grać i przeżywać utwory, który stworzyło się taki kawał czasu temu, a obecnie jest się na zupełnie innym etapie? Dla mnie absolutny kosmos.

    A to że społeczeństwo, że media wywierają presję to też najświętsza prawda. Jedno ci mówi „idź na studia i znajdź pracę”, a drugie „zostań gwiazdą popu i top model” 😀

    1. Kiedyś oglądałam wywiad z Wodeckim, było to w latach 90., więc śpiewał piosenke o Pszczółce Mai pewnie jakoś koło 10 lat, a już strasznie narzekał, że publiczność ma gdzieś inne utwory i tylko sie „Pszczoły” ciągle domaga. Próbuję sobie wyobrazić, co czuje np. taka Maryla Rodowicz śpiewając 42 rok Małgośkę 🙂

  2. miałam być takim idealnym dzieckiem, ale się wywaliłam na starcie i jakoś tak kuleję do tej pory … a tak serio to, przecież „te zdolne dzieci” co one mają robić na starość, jeżeli nie przyjdzie im umrzeć młodo? chyba by mnie smuciło, gdybym w wieku tych prawie 25 lat, które mam wiedziała że największy sukces osiągnęłam w wieku nastoletnim. Przecież to nawet nie jest wystarczający wiek na to by to docenić. Dlatego też zawsze drażnią mnie dorośli, którzy pozwalają na promowanie „młodych talentów” i wsadzanie ich do dorosłego świata.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Obserwuj