książki, kultura, twórczość

Jak urodzić książkę, czyli o Maszynie do Pisania Katarzyny Bondy

IMG 8899 - Jak urodzić książkę, czyli o Maszynie do Pisania Katarzyny Bondy

Co ty czytasz? Po co? Myślisz, że od tego zostaniesz pisarzem? – pukali się w czoła, próbując mi dogryźć. Machnęłam na nich ręką. Napiszę Wam dziś, co wyniosłam z lektury „Maszyny do pisania” i czy potrzebne są takie książki.

Przyznam, że zasiadałam do lektury z dość sceptycznym nastawieniem. Prawdopodobnie sama z siebie nigdy nie kupiłabym takiego podręcznika. Co innego udział w warsztatach literackich, zawsze chętnie. Ale podręcznik? No i właśnie na warsztatach podczas Międzynarodowego Festiwalu Kryminału dostałam „Maszynę do pisania” w zestawie startowym. Należało więc przeczytać i wyrobić sobie opinię.

Pomijając na razie kwestie merytoryczne, Bondę i jej „Maszynę” cenię za szczerość. Cenię za inteligentne motywowanie książkowego kursanta. Cenię za odzieranie ze złudzeń i jednocześnie brak mentorskiego tonu, o który przecież tak łatwo. Byłam taka jak ty, debiutancie – zdaje się przemawiać pisarka i ja jej wierzę, że przemawia szczerze. Tym mnie kupuje. Dlatego przez kilka dni nie odrywałam się od tego podręcznika.

„Nie piszę za moich podopiecznych, nie redaguję, nie narzucam im swojej percepcji świata. Staram się jedynie – jak ‚akuszerka’ pomagać im w literackich porodach.”

„Książka jest jak dziecko, trzeba je urodzić. Swoją opowieść czasami nosimy w sobie całe życie. To nasza książka, która kiedyś może z nas wyjść.”

Co z niego wyniosłam? Przede wszystkim poukładałam sobie w głowie wiele kwestii. Teoretycznych, takich, o których się nie dywaguje i nie rozmyśla (tak jak się nie rozmyśla o gramatyce ojczystego języka), a które naprawdę warto sobie usystematyzować. Struktura powieści, role bohaterów, wybór właściwej narracji. Te wszystkie rzeczy, które tworząc, ogarnia się instynktownie, które nie są wielkim odkryciem, o których wiemy, bo przecież czytamy książki. A jednak trochę teorii, to zawsze trochę porządku w głowie. Przydaje się taki bryk.

„Pisania można się nauczyć. Nawet trzeba! Pisarz powinien kształcić się całe życie, rozwijać jako człowiek, zdobywać nowe doświadczenia. Tylko wtedy jego książki będą coraz lepsze.”

Merytorycznie w „Maszynie” dzieje się jednak dużo więcej niż oczywiste oczywistości. Bonda przytacza teorie dotyczące budowy i funkcji poszczególnych składowych działa literackiego, od Arystotelesa poczynając, i ta wiedza podana konkretnie, w punktach i pigułce bynajmniej zbędna nie jest, a pigułka jest całkiem strawna.

Żeby nie było tak pięknie, mam mały zarzut. Jeden, jedyny, ale mnie gniecie. Na początku książki pada zdanie:

„Jedna książka nie czyni z autora pisarza.”

Na końcu zaś:

„Jesteś pisarzem. Nie będziesz. Nie kiedyś. Od tej chwili uznajesz ten fakt za pewnik. Musisz tylko pozwolić swojej książce się urodzić, pokonać swoje ograniczenia. I nic innego poza tobą nie może cię powstrzymać.”

Te dwa stwierdzenia zdają się sobie przeczyć. Chętnie dowiem się, co naprawdę myśli pisarka o tym, kiedy zaczyna się pisarz, bo trochę się pogubiłam w tej nieścisłości.

IMG_8899

Ja się też z Bondą niejednokrotnie nie zgadzałam w trakcie lektury. Ale chyba nie o to chodzi, żeby we wszystkim być zgodnym. Bonda pisze na przykład: w książce są bohaterowie, ale nie ma pisarza. A ja sobie myślę, że pisarz jest w książce zawsze, gdzieś między słowami. Niektórzy przez całe życie, we wszystkich swoich dziełach piszą wciąż tylko o sobie. Siebie w swojej twórczości można trochę uciszyć, ale nie da całkiem wyeliminować.

Przyznaję też, że sama pracowałabym nad powieścią nieco inaczej. Mam na przykład zupełne inne podejście do planu. Owszem, uważam że planowanie to wielka potęga. W pracy dziennikarskiej wychowali mnie tak, że nawet niezbyt długie artykuły pisuję z planem. Nie byłabym jednak w stanie rozpisywać tak szczegółowych scenariuszy, jakie proponuje autorka, ani tworzyć kilkudziesięciopunktowych kwestionariuszy cech bohaterów. Zdaję się bardziej na czucie bohatera, dość sugestywne wyobrażanie sobie jego emocji, nie wiem, czy to dobra metoda, ale czuję, że jest to moja metoda. Przyklaskuję wskazówkom Bondy dotyczącym sporządzania notatek, sama jednak nie jestem skłonna przestrzegać ich aż tak skrupulatnie. Chociaż przyznaję, że z wiekiem moja pamięć jest coraz bardziej zawodna i jeśli wpada mi do głowy pomysł, który mogę opisać w kilku zdaniach od razu go zapisuję. Za to rozbudowaną fabułę, którą wymyśliłam w szczegółach 15 lat temu wciąż doskonale pamiętam. Inna sprawa, że te kilkuzdaniowe pomysły przerodziły się już w kilka opowiadań, a rozbudowana fabuła (niejedna) leży sobie na zaś gdzieś w mózgu.

„Załóż notes i zapisuj w nim pomysły, imiona, dialogi, a nawet luźne spostrzeżenia. Któregoś dnia mogą okazać się bezcenne dla fabuły.”

„Dla higieny psychicznej załóż dwa notatniki: pierwszy – tematyczny, drugi – osobisty, którego nie pokażesz nikomu.”

Pisz ręcznie: pisanie ręczne uruchamia lewą kreatywną półkulę mózgu. Pisanie na klawiaturze – pracuje prawa matematyczna półkula.

Różnice w podejściu do pracy twórczej nie przeszkadzają mi jednak doceniać wskazówek autorki. W końcu wskazówki są nie po to by na ślepo za nimi podążać, lecz po to, by brać je pod uwagę i myśleć. Co więcej, uważam że wzięcie ich sobie chociaż trochę do serca nie zaszkodzi. A nawet pomoże. W wiecznej twórczej prokrastynacji i nieogarze (coś o nich wiem). Katarzyna Bonda pisze zresztą na końcu podręcznika: a teraz idź i rób swoje, od ciebie zależy jak wykorzystasz przedstawioną ci wiedzę. I to jest najlepsza rada. A gdy spytacie mnie, czy warto ćwicząc warsztat sięgać po tego typu książki, powiem Wam, że warto. Nie spodziewałam się, że tak stwierdzę, ale naprawdę pomagają poukładać sobie trochę rzeczy w głowie. Przynajmniej tak jest w tym konkretnym przypadku. Mnie w dodatku nieźle zmotywowała.

IMG_8906

Katarzyna Bonda to autorka bestsellerowych powieści kryminalnych (m.in. Pochłaniacz, Okularnik). Zanim została pisarką, przez kilka lat pracowała jako dziennikarka. Jest taka anegdota o tym, jak to pojawiła się ze swoją pierwszą powieścią (Sprawa Niny Frank) u wydawcy, a ten kazał skrócić książkę o połowę, inaczej nie wyda. Bonda nie poszła na kompromis, na który przystałby pewnie niejeden debiutant, byleby tylko opublikowali. Zamiast tego poszukała innego wydawcy. I chwała jej za to.

Dziś liczące ponad 800 stron tomy to znak jej rozpoznawczy pisarki, a sama Bonda doczekała się przydomka Królowej Polskiego Kryminału. Pisarka prowadzi również kursy kreatywnego pisania. Prowadziła taki kurs również na warsztatach literackich MFK we Wrocławiu. W tym roku brałam w nich udział, trafiłam jednak do grupy innego trenera. Co mówili mi ludzie z grupy Bondy? No, że łatwo nie jest. Porównania z Bondą na żywo więc nie będzie, jednak po lekturze „Maszyny” liczę na to, że kiedyś porównanie będzie mi dane, nawet jeśli w realu łatwo z nią nie jest.

Przyznaję się bez bicia, że o istnieniu pisarki dowiedziałam się przy okazji Festiwalu. Nie jestem jakąś wielką fanką i znawczynią powieści kryminalnych, no więc pani Bondy nie znałam. Polubiłam ją już za samą anegdotę o cięciu książki! W ogóle od początku polubiłam ją za styl bycia. Robi wokół siebie sporo szumu, ale w takim pozytywnym sensie, że jest to fajne. Sama też mam często skłonność do robienia wokół siebie małego zamieszania, na przykład zbyt głośno mówię, więc jakoś naturalnie mam też sympatię do podobnych ludzi, ale to taka dygresja.

 

Czytaj o książkach na Rzeczovniku:

Zapomniane Słowa. Dodaj Swoje

Ogarnij „Ogarnij Miasto”

Cała Polska czyta Muminki

P.S.

Jeśli interesują cię poradniki pisania to koniecznie zajrzyj też na bloga Spisek Pisarzy. Zaglądnęłam i pokochałam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *