książki, kultura, rzecz miesiąca, twórczość

Zapomniane słowa. Dodaj swoje

zapomniane main - Zapomniane słowa. Dodaj swoje

Moja babcia Władysława urodziła się w lipcu 1911 roku we wsi Borownica niedaleko Sanoka. Borownicę w czasie wojny spaliło ją UPA. Buty zawsze wzuwała i zezuwała i pytała mnie, czy na pewno zamkłam okno. Tym oknem to okrutnie mnie wkurzała, bo to przecież niepoprawnie. Kukurydza zawsze była dla niej kukuruzą, może to przez radzieckie samoloty kukuruźniki albo zwane kukuruźnikiem radio, lub jedno i drugie. Na kluski na parze mówiła „parówki”, przez to nigdy nie wiedziałam, czy spodziewać się moich ulubionych buł, czy kiełbasy. Króliki mojego ojca to były króle, a swojej krowie wydawała rozkaz „nastąp się!”. Jak przeklinała, to zwykle „naser mater”.

Moja babcia przeżyła 94 lata. Razem z nią odeszły z mojego życia dawna polska wieś, wiek XX i wszystkie te dziwne, stare słowa, w których było tyle uroku.
Niektóre z nich wróciły w lekturze „Zapomnianych słów”, chociaż książka ta pojawiła się u mnie z powodu zupełnie innej babci. Stefania, babcia mojego męża zawsze wysyłała nas po żółty ser do sklepu, mimo że półki lodówki uginały się od żółtego sera. Do porannej kawy musieliśmy wyciągać z barku miskę zwietrzałych andrutów, a babcia czuwała, czy na pewno je konsumujemy przypominając raz po raz „jedzcie, jedzcie” nawet gdy nasze policzki wypchane były po brzegi waflowym pyłem. A gdy przychodziło do przygotowania obiadu dla niej, wykręcała się: „mi nic nie rób, ja już zjadłam sznytkę”. I ta „sznytka” właśnie, opisana przez Ingę Iwasiów, na przypadkowo otwartej przez nas w sklepie przy Piotrkowskiej w Łodzi stronie 195, otworzyła worek wspomnień.

zapomniane-main

Zapomniane słowa czytam teraz na wyrywki. Przywołują czasem światy zupełnie obce, ze słowami, które widzę po raz pierwszy, jak „miglanc”, „polepa”, „pozłotka” czy „gwiazdopatrznia”. Albo takie, które funkcjonowały gdzieś tam w moim życiu resztkami sił, ale do tej pory nie znałam ich właściwego czy też oryginalnego znaczenia: „kryg”, „kobiałka”, „kalkomania”. Jest też „naser mater” i „wzuwać”, które przypominają mi babcię. Morze nostalgii wylanej przez autorów, głównie tych z pokolenia moich rodziców, nie mojego, więc czasem nie rozumiem, a czasem walę się w łeb.

Są zapomniane słowa, ale też zapomniane rzeczy. Zapomniane nośniki.

Jak „list” (Wojciech Nowicki). Gdy latem 1996 roku prowadziłam ożywioną korespondencję z moją szkolną przyjaciółką na temat wakacji i oświadczyn pana Darcy’ego w serialu „Duma i Uprzedzenie”, nie spodziewałam się, że będzie to ostatnie lato, w którym będę pisać takie listy.

Jak „VHS” (Agnieszka Wolny-Hamkało). Wrocław, lata 90 i niemieckie porno. Sama zakończyłam wtedy tę edukację na oglądaniu okładek w wypożyczalni. Pewnie dlatego, że rodzice za żadne skarby nie chcieli kupić nam odtwarzacza, bo przecież video odciągnie od nauki. Może tak naprawdę chodziło im jednak o pornole?

Po co taka książka? Żeby ocalić od zapomnienia? Za późno.
Żeby wzruszyć? Już lepiej. Większość autorów klucz do zapomnianych słów znalazła w  swoich osobistych historiach. Te są najlepsze. Człowiek jest zwierzęciem, które łatwo się wzrusza, gdy opowiada się mu o młodości, nawet gdy to nie jego młodość.
Żeby przypomnieć sobie własne zapomniane słowa. I o to tak naprawdę chodzi, o refleksję.
Moja niech będzie taka, że współczesne nowe słowa, gdy już wpadną do lamusa, za pół wieku będą tak samo urocze, będą tak samo wzruszać i trącić myszką jak dziś wzuwanie butów. Pomyślcie o tym, gdy następnym razem przyjdzie wam boleć nad upadkiem języka, słuchając jakiego gimnazjalnego slangu. W końcu już dziś poruszają was zapomniane słowa z dzieciństwa.

 

„Zapomniane słowa”
Pomysł i redakcja: Magdalena Budzińska
Wydawnictwo Czarne, 2014

  1. Moi dziadkowie osiedlili się na ziemiach odzyskanych, rodzina babci wróciła z Ukrainy a dziadka z Niemiec. Zawsze gdy jestem u nich to sobie myślę, jak niesamowicie plączą się losy ludzkie a czasami jedynym znakiem przeszłości jest właśnie mowa 🙂

    1. Ada (Rzeczovnik) says:

      Właśnie, mowa polska na ziemiach odzyskanych to fascynująca sprawa. Wydaje się taką najczystszą, literacka, bez gwar, bez akcentów, można by powiedzieć bez tożsamości. a potem zastanawiasz się nad tym głębiej i dostrzegasz jakim jest zlepkiem regionalizmów, jak słychać w niej wpływy polszczyzny z różnych stron Polski i nie-Polski, których pochodzenia nie było się zupełnie świadomym. I te wpływy słychać w trzecim czy czwartm pokoleniu. Mój kolega na przykład ma zwyczaju mówić „powiedz to dla Ady”. Strasznie mnie to bawiło, ta jego niepoprawność. Później w jakiejś z jakiegoś bloga dowiedziałam się, że tak się mówi w niektórych rejonach podkarpacia. Nie wiem nawet, czy mój kolega tam był. Całe życie mieszka na opolszczyźnie.

  2. Przepiękna okładka

    1. Ada (Rzeczovnik) says:

      Też się nią jaram. Czarne w ogóle okładki ma dobre, albo chociaż poprawne:)

  3. Moja babcia potrafiła ogłuszyć niewtajemniczonych słowem „kotlinka”. Miała na myśli kuchnię letnią – bardzo popularna rzecz na wsiach gdzie palenie w kuchni właściwej w lato podnosiło temperaturę do ok 40 stopni. Była więc kotlinka na której się w lato gotowało. Od kotła chyba…?

    1. rzeczovnik says:

      Kotlinka, piękne! Nie znałam:)

  4. Paweł Chmielewski says:

    Borownicę odbudowano w 1947 🙂

    1. rzeczovnik says:

      Widzisz Chmielu, ty zawsze wszystko sprawdzisz! A moja rodzina przez tyle lat żyła w nieświadomości. Babcia zawsze mówiła, że tam nic nie zostało i nie wiem nawet czy słyszała o tej odbudowie. Cóż, nie było wikipedii:) Trzeba będzie zaktualizować wpis.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.